Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć

Tylko kiedy?!!!
Małe znowu zasmarkane, Ninka kaszle jak stara gruźliczka, a po każdym kaszlu płacze, chyba boli ją gardło. Iga chodzi i też marudzi, że gardło.
Wczoraj była u niej starsza koleżanka. Bawiły się, rysowały, nadciągnął huragan Nina i zabrał długopis.
- Hej, zostaw nam ten długopis - powiedziała łagodnie koleżanka Igi, Paula.
Na reakcję Igi nie musiala długo czekać.
- Nie mów tak do niej! Nie wiesz, że może jej być przez to przykro?! - koleżanka koleżanką, ale siostra siostrą :)
Szkoda tylko, że nie pamiętała jak sama chwilę wcześniej krzyczała na całe gardło:
- Maluchu!!!! Nigdy nie będę się z tobą bawić, nigdy!!! Jesteś beznadziejna, bez-na-dziej-na!!!!

To jak w takiej śmiesznej książce Magdaleny Samozwaniec: hrabina krzyczy do guwernera swoich synów, gdy ten złapał jednego małego nicponia za kark.
- Co to za metody wychowawcze?! Od bicia to jestem ja albo mój mąż! :)

Nowa opiekunka

W sobotę zażartowałam (no, może trochę mówiłam na poważnie), żeby Iga poszła uśpić Ninkę na dzienną drzemkę. Idze zapaliła się lampka w głowie. Niby tu się bawiła, ale już poszła wymyć smoczek, znalazła Ninki kołderkę, wzięła za rączkę i nic nie mówiąc zaprowadziła do naszej sypialni. Zamknęła drzwi. Cisza.
Minęło pięć, a potem piętnaście minut, a cisza trwała.
Wreszcie otworzyły się drzwi, stanęła w nich Igulinka i ze zdziwieniem w oczach powiedziała:
- Uśpiłam ją.

No, jak rany. Najpierw śpiewała, potem głaskała po główce, potem mówiła: ćśśś, ćśśś, a Ninka, wpatrzona w starszą siostrę posłusznie zamknęła oczka.

Ale męczący ten odpoczynek

Jeszcze nie zdążyłam się wyspać, uspokoić i wyciszyć po Świętach, a tu już trzeba do pracy i dzieci znów zostawić na całe dziewięć godzin bez mamy i taty. Ninka bardzo się z tego powodu cieszy. Całe Święta smutno nawoływała: “Ania” lub “Niania”, a kiedy wreszcie po dwóch tygodniach tylko z rodzicami, zobaczyła Anię w drzwiach, od razu polazła do niej na ręce, co wydaje mi się zachowaniem beznadziejnym i nietaktownym.
Ale Nina ostatnio nietaktownie zachowuje się prawie cały czas. Budzi się w środku nocy, lub, co gorsza! o piątej nad ranem i wydziera się wniebogłosy. Sztywnieje ze złości, rzuca pod biurko czy inny ciemny zakamarek smoczek, aby broń Boże nie kusiło ją uspokojenie się i płacze najgłośniej jak umie tak przez godzinę. Godzinę! Dla dodania dramatyzmu sytuacji dodam, że tuż za ścianą mieszka prezeska fundacji Dzieci Niczyje, wspaniały człowiek i bardzo wyczulony na krzywdę dzieci. Kiedy Ninka tam wrzeszczy po nocach, nie mogę tego faktu wyrzucić ze świadomości.
Widok M. nastraja Ninkę jeszcze smutniej, więc zgadnijcie kto ją tak przez tę godzinę nosi, głaskugłaska i udaje, że w przeciwieństwie do córeczki jest spokojny jak skała?!
Wczoraj obudziłam się w nocy kiedy stałam z Ninką na rękach obok naszego materaca - nie wiem, kiedy tam się znalazłam i co działo się wcześniej.
Trzy godziny później, kolejna pobudka, tym razem z atrakcjami. Takimi, że o piątej nad ranem musieliśmy umyć małą, zmienić jej śpioszki, zmienić prześcieradło i jeszcze wyszorować materac.
Mała ma rotawirusa już od dwóch tygodni. Nini nóżki przypominają patyczki, a buzia zrobiła się blada jak kartka papieru. Je tylko zmiksowaną marchewkę albo kleik z jagodami, zalaną dla zdrowotności oliwą i roztopionym masłem. Mleka nie wolno, bo nawet kropelka sprawia, że biegunka wraca - stąd właśnie nasza wczorajsza nocna przygoda. Zresztą jedzenie Ninki przypomina tuczenie gęsi - łapiemy za gardło i ładujemy łyżeczka za łyżeczką, bo sama z siebie nie tknie nawet okruszynki. Wiem, że nie wolno na siłę, ale gdybyście ją widzieli - chuderlaczka… Same kłopoty z tym maluchem.
Ale w chwilach dobroci głaszcze nas po twarzy i mówi: “Aja”. Bezcenne.

PS. M. przeczytał i kazał wytłumaczyć, że “aja” znaczy “lala”. Więc.

Pod choinkę

- Iguś, a może ja pod choinkę kupię ci akumulatorki do naszgeo starego aparatu i będziesz mogłą robić zdjęcia - M. taki o zmyślny prezent wymyślił (to może ja mu kupię wkład do długopisu i też będzie?)
Iga nie chce akumulatorków.
- Ja chcę nowy aparat - rozmarzyła się. - Różowy z kwiatuszkami i złotymi kokardkami.

No nie wiem, po kim ma ten gust.

Nowe słowa by Ninka

Iga pisze, a Ninka mówi.
- mniam, mniam, mniam - ewoluowało z prostackiego: am, am
- Tata
- Mama
- Kak (znaczy tak)
- Ga (Igi piatkowe zwycięstwo nad nianią. Niania pocieszała Igę twierdząc, że Ninka nie umie wymawiać: g. No to Iga dotąd ślęczała nad Niną i powtarzała g, aż w końcu mała się nauczyła.)

Nowe słowa

Po “środa” i “jacek placek”, kolejnymi były:
- ulica
- pieluszki
- koham
- kohamćetata
- kohamćemama
W takiej właśnie kolejności.
Teraz za moimi plecami Iga pisze jak umie postanowienia noworoczne.

Mikołaj i dwie dziewczynki

Pamiętacie tego Mikołaja????
W tym roku też nie zawiódł.
Przyszedł mimo tego, że do dziś odczuwa skutki wczorajszych imienim Pani Mikołajowej :)
Igusia, co sobie od południa układała mowę, oczywiście zacukała się, spuściła głowę i nie wybąkała ani słowa, nie mówiąc już o piosence, którą ćwiczyła specjalnie na tę okazję. Za to Mikołaj wspaniale odnalazł się w sytuacji i myślę, że 50% wychowania Igi to jego zasługa.

A muszę Wam powiedzieć, że Igusia w tym roku na prezenty zasłużyła i to bardzo. Ot, na przykład wczoraj. Spotkanie mikołajkowe w przedszkolu, ja, Iga, Ninka i trzydzieścioro innych dzieci. Z których jedno właśnie biega i ups, przewróciło Ninkę (wyszła bez szwanku, chyba nawet niczego nie zauważyła). Iga - pobiegła za nieuważną Zuzią. Zatrzymała ją. I prosto w twarz, dobitnie powiedziała:
- Uważaj. Przewróciłaś Nineczkę, a ona jest mała.

Ninio się odwdzięcza psim przywiązaniem do siostry. Gdy np. Iga się na nas obrazi i leci do swojego pokoju, by dać temu wyraz, Ninka rzuca wszystko i leci za nią. I tam sobie siedzą.
I w związku z tym wpadł mi do głowy pewien pomysł, jak tu znaleźć czas dla siebie :)
Jeszcze muszę tylko przekonać Igusię, aby mi tak szybko nie wybaczała, i już wszystko będzie załatwione.

Iga pocięła mi bilety do teatru

A Ninka nauczyła się wspinać na łóżka i co chwila zlatuje, bo jeszcze nie opanowała do końca schodzenia :) ech, gdzie te czasy, kiedy Igusia była taka malutka, co jak już coś spsociła to efektem był tylko siniak pod JEJ okiem, a nie skrawki MATCZYNYCH biletów to teatru. M. skleił je w skrusze (to pod jego opieką była Iga, ja w pracy byłam) i jutro idziemy mimo wszystko - M. mówi, że przecież w tym teatrze zrozumieją.

Igusia już nie tylko nożyczkami umie supersprawnie operować, ale w ogóle zrobiła się taka dorosła i śmieszna. Ma dwie przyjaciółki Carmelkę i Wiktorię i dzwoni do nich z mojej komórki (na komórki ich matek :), ta moja prawie pięciolatka. Obserwuję ją, gdy jest wśród dzieci. Lubi rządzić :)

Ostatnio wzięła do ręki ołówek i napisała: Środa. A potem jeszcze: Jacek Placek :)
Mądrusek, szkoda tylko, że z tymi biletami jakoś nie pomyślała ;)

Strachy i po strachach

To było tak:
W sierpniu mama M. wymacała guzek u Ninki nad prawą skronią i powiedziała:
- Zobaczcie, po drugiej stronie główki tego nie ma! Musicie iść z nią do lekarza.
M. się przejął, ja w ogóle, bo pomyślałam, że, wiecie, może przewróciła się (akurat zaczynała chodzić), więc nabiła sobie guzka.

Ale po trzech tygodniach guzek był dalej. No i wtedy pomyśleliśmy, że jednak to pójdziemy do lekarki, aby rozwiała nasze lęki. Lekarka nic nam nie rozwiała. Obmacała Ninkę raz. Potem drugi. Pokiwała smutno głową i dramatycznym tonem powiedziała:
- To jest kość. To jest kość.
Brzmiało to tak, jakby mówiła, to jest koniec, to jest koniec, więc i my już staliśmy się nerwowi i wylęknieni. No to pojechaliśmy zrobić rentgen. A tam na wyniku było napisane, że coś tam przerwane, jakieś blaszki nie ma, struktura kości czaszki w tym miejscu grudkowata. I że trzeba kontynuować badania. Jakby coś było nie w porządku. Jakby na przykład mózg rozpychał w tym miejscu czaszkę.
Pani z Centrum Zdrowia Dziecka, dwa dni później, nie była aż tak bardzo przestraszona, jak my, powiedziała, że na jej oko to raczej nic poważnego, ale musimy zrobić tomografię głowy. No i wtedy już nie wiedzieliśmy czy się bać, czy nie, więc na wszelki wypadek baliśmy się bardzo.

A że na tę tomografię w CZD czeka się najmarniej dwa miesiące (”A pani to jeszcze niech do nas zadzwoni rano prze tą tomografią, bo czasem nam się tomograf psuje. Czasem nawet, jak już dziecko jest uśpione do badania, coś się wyłącza i już nie można włączyć”), to mieliśmy okazję pobać się za wszystkie czasy. Wiecie jak to jest. Siedzisz sobie przed komputerem i nagle spostrzegasz się, że już od pięciu minut czytasz w internecie, ile procent nowotworów u dzieci jest wyleczalnych albo sprawdzasz stare zdjęcia, patrzysz czy guzek był od urodzenia, czy może pojawił się w sierpniu. Uśmiechasz się odpowiadając na pytania, czy już coś wiemy i mówisz, nie, jeszcze nie, ale pani lekarka mówi, że na oko to dobrze, i dopowiadasz sobie w myśli, że mówi też, że koniecznie musimy zbadać jeszcze nie na oko.

Na szczęście wszystko skończyło się na strachu.
Tomografię zrobiliśmy dwa tygodnie temu. Tomograf się nie popsuł, Ninkę uśpił Marcin w wózku, więc nie musieliśmy ją usypiać, jak przed operacją, a pani neurochirurg (złota kobieta), po przeanalizowaniu wyników przybiegła do nas z rozwianym włosem i powiedziała, że nie chce nas już nigdy w życiu widzieć, co w ogólnym kontekście było znakiem, że nas lubi i dobrze nam życzy.

Historia kończy się szczęśliwie, ale ten strach chyba już we mnie zostanie, taka świadomość zagrożenia, tym bardziej, że Ninka choruje teraz co dwa tygodnie: a to łapie rotawirusa i chudnie pół kilo (a jej lekarka dramatycznie załamuje nad nią ręce i odmawia szczepienia, daje kolejne skierowanie na badanie krwi - trzecie w ostatnich dwóch miesiącach), a to dostaje chrypki i białego nalotu na migdałkach (”To może pleśniawki, a może zapalenie krtani, które może skończyć się uduszeniem” - to tekst pani lekarki z wczoraj). Dobrze tylko, że Ninka nie wie nic o swojej słabowitości i cieszy się życiem. No a Iga, gdy dowiedziała się, że tomografia wyszła dobrze pozwoliła Ninie wchodzić bez pytania do swojego pokoju, więc jakieś pozytywy też są.

Rok temu, o tej porze

…na świat przyszła malutka, trzykilogramowa istotka. Kiedy położono ją na piersi mamy, ona zamiast jeść jak inne noworodki, spojrzała w okno i zadumała się nad tym, co właśnie przeszła (chyba najgorzej wspominała tę pępowinę wokół szyjki i te desperackie okrzyki matki). Mądre ślepka wlepiła w niebo i odpłynęła. Trochę pospała, trochę possała, razem ze swoim tatą poszła na ważenie i mierzenie. Wróciła i już ze mną została. To był bardzo piękny dzień.

A wczoraj, przy kolacji:
- Mamo, a pamiętasz, jak kiedyś przyjechałaś z Ninką ze szpitala i ja płakałam.
- Uhm, chyba się wtedy trochę za mną stęskniłaś.
- Nieee. Ja po prostu nie wiedziałam, czy będę Ninkę kochać. Ale na szczęście okazała się fajna.