To było tak:
W sierpniu mama M. wymacała guzek u Ninki nad prawą skronią i powiedziała:
- Zobaczcie, po drugiej stronie główki tego nie ma! Musicie iść z nią do lekarza.
M. się przejął, ja w ogóle, bo pomyślałam, że, wiecie, może przewróciła się (akurat zaczynała chodzić), więc nabiła sobie guzka.
Ale po trzech tygodniach guzek był dalej. No i wtedy pomyśleliśmy, że jednak to pójdziemy do lekarki, aby rozwiała nasze lęki. Lekarka nic nam nie rozwiała. Obmacała Ninkę raz. Potem drugi. Pokiwała smutno głową i dramatycznym tonem powiedziała:
- To jest kość. To jest kość.
Brzmiało to tak, jakby mówiła, to jest koniec, to jest koniec, więc i my już staliśmy się nerwowi i wylęknieni. No to pojechaliśmy zrobić rentgen. A tam na wyniku było napisane, że coś tam przerwane, jakieś blaszki nie ma, struktura kości czaszki w tym miejscu grudkowata. I że trzeba kontynuować badania. Jakby coś było nie w porządku. Jakby na przykład mózg rozpychał w tym miejscu czaszkę.
Pani z Centrum Zdrowia Dziecka, dwa dni później, nie była aż tak bardzo przestraszona, jak my, powiedziała, że na jej oko to raczej nic poważnego, ale musimy zrobić tomografię głowy. No i wtedy już nie wiedzieliśmy czy się bać, czy nie, więc na wszelki wypadek baliśmy się bardzo.
A że na tę tomografię w CZD czeka się najmarniej dwa miesiące (”A pani to jeszcze niech do nas zadzwoni rano prze tą tomografią, bo czasem nam się tomograf psuje. Czasem nawet, jak już dziecko jest uśpione do badania, coś się wyłącza i już nie można włączyć”), to mieliśmy okazję pobać się za wszystkie czasy. Wiecie jak to jest. Siedzisz sobie przed komputerem i nagle spostrzegasz się, że już od pięciu minut czytasz w internecie, ile procent nowotworów u dzieci jest wyleczalnych albo sprawdzasz stare zdjęcia, patrzysz czy guzek był od urodzenia, czy może pojawił się w sierpniu. Uśmiechasz się odpowiadając na pytania, czy już coś wiemy i mówisz, nie, jeszcze nie, ale pani lekarka mówi, że na oko to dobrze, i dopowiadasz sobie w myśli, że mówi też, że koniecznie musimy zbadać jeszcze nie na oko.
Na szczęście wszystko skończyło się na strachu.
Tomografię zrobiliśmy dwa tygodnie temu. Tomograf się nie popsuł, Ninkę uśpił Marcin w wózku, więc nie musieliśmy ją usypiać, jak przed operacją, a pani neurochirurg (złota kobieta), po przeanalizowaniu wyników przybiegła do nas z rozwianym włosem i powiedziała, że nie chce nas już nigdy w życiu widzieć, co w ogólnym kontekście było znakiem, że nas lubi i dobrze nam życzy.
Historia kończy się szczęśliwie, ale ten strach chyba już we mnie zostanie, taka świadomość zagrożenia, tym bardziej, że Ninka choruje teraz co dwa tygodnie: a to łapie rotawirusa i chudnie pół kilo (a jej lekarka dramatycznie załamuje nad nią ręce i odmawia szczepienia, daje kolejne skierowanie na badanie krwi - trzecie w ostatnich dwóch miesiącach), a to dostaje chrypki i białego nalotu na migdałkach (”To może pleśniawki, a może zapalenie krtani, które może skończyć się uduszeniem” - to tekst pani lekarki z wczoraj). Dobrze tylko, że Ninka nie wie nic o swojej słabowitości i cieszy się życiem. No a Iga, gdy dowiedziała się, że tomografia wyszła dobrze pozwoliła Ninie wchodzić bez pytania do swojego pokoju, więc jakieś pozytywy też są.